Jak co rano miasto budzi mnie zapachem przegniłego ciała. Nawet teraz w 67’ większość dystryktów opanowana jest przez trąd. Burdel jaki panuje tutaj w M15-421 jest jednym z najgorszych, sam nie wiem jak się tu znalazłem. Nie umiem wyjaśnić sobie tego czemu lub dzięki komu tu właściwie jestem. Wstając z łóżka nie potrafię sobie wyobrazić jak jeszcze się trzymam. Nie mogę wyjść z domu bez choćby jednej żałosnej myśli , o ludziach-potworach, którzy po moim wyjściu zlustrowawszy mnie wzrokiem obejdą mnie prosząc o pieniądze. To śmieszne, że nadal nie potrafię pozbyć się z głowy tego słowa. Pieniądze… czternaście lat temu, chylący się ku sromotnej porażce rząd oficjalnie wycofał z obiegu pieniądze, które już wtedy były bez szczególnej wartości. Smoła nad moją głową leje się gęstym strumieniem, wlatując do kubka kawy. Nie było to dziwne zważając na prześladującego mnie od dzieciństwa pecha, pchającego się do mojego życia drzwiami i oknami. Spokojnie wylałem kawę do prowizorycznego zlewozmywaka będącego jednocześnie koszem na śmieci, a nierzadko też toaletą. Pomarańczowe światło palącego słońca wkradało się leniwie przez dziury w deskach zastępujących okna. Upał bezlitośnie katował wspomnienia większości małych ludzi na ulicach... I tak nie chciałem pić tej kawy.
Nie czuję się tu bezpiecznie, jednak na pewno lepiej niż tam gdzie miałem się niedługo wybrać. Nie chce opuszczać „domu”, który był dla mnie jedynym schronieniem. Tak nie chce żeby umierał. Mam nadzieję być w nim kiedy już się zawali co miało nastąpić lada dzień, lada minuta wydawać by się mogło patrząc na opłakany stan w jakim się znajduje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz